Dzika sprawa.

Ostatnio o dzikach w Warszawie zrobiło się bardzo głośno, a to za sprawą koszmarnych wydarzeń na Bemowie (wymordowanie całej dziczej rodziny zamkniętej na placu zabaw), Mokotowie (egzekucja dużej dzikiej rodziny na oczach mieszkańców) i Wilanowie (zabicie lochy z warchlakami na terenie Instytutu Psychiatrii i Neurologii). Temat jest mi wyjątkowo bliski, bo systematycznie widuję i fotografuję dziki na warszawskim Tarchominie. Nie raz obserwując je w jednym miejscu, słyszałem strzały dochodzące z innych terenów. Za każdym razem obawiam się o ich los i boję się, że tym razem moje obserwacje zamienią się w dokumentację niczym nieuzasadnionej rzezi niewiniątek.

Wiem, że temat jest drażliwy i w ludziach jest zakorzeniony ogromny strach przed dzikami. Od dawna mieliśmy wpajany lęk przed tymi stworzeniami, wystarczy wspomnieć literacki obraz sprzed dekad autorstwa Jana Brzechwy "Dzik jest dziki, dzik jest zły, dzik ma bardzo ostre kły. Kto spotyka w lesie dzika, ten na drzewo zaraz zmyka". Chyba każdy z nas nie zna tę frazę, która kształtowała całe pokolenia i ugruntowała obraz dzika jako jakiejś bestii. Rzeczywistość jest kompletnie inna... podczas dziesiątek moich spotkań z tymi stworzeniami ani razu nie zaobserwowałem nawet odrobiny agresji z ich strony. Mówię też o sytuacjach, gdy jestem na spacerze z psem/psami. Wszystko jest kwestią odpowiedniego zachowania i podchodzenia do tych wspaniałych i mądrych zwierząt z szacunkiem i zachowaniem podstaw logicznego myślenia.

Jeśli spotkamy lochę z młodymi – ustąpmy jej miejsca, omińmy ją. Jeśli stanie się tak niefortunnie, że przez przypadek, znajdziemy się między nią, a warchlakami, które będą ukryte gdzieś w krzakach, to od razu po jej zachowaniu rozpoznamy, że jest zaniepokojona. W jej reakcji nie ma niczego dziwnego – ona po prostu broni swoje młode, bo nie wie czy nie stanowimy zagrożenia. Tak samo zachowują się wszystkie dzikie zwierzęta, z łosiami na czele. Wycofajmy się wtedy. Na pewno jest jakieś inne przejście, a nadrobienie 50 metrów krzywdy nam nie zrobi. I pamiętajmy, że to też nie jest tak, że locha w takiej sytuacji od razu się na nas rzuci (niektórzy chyba tak to sobie wyobrażają). Każde zwierzę daje sygnały, że jest zaniepokojone, zdenerwowane – fuka, sapie, kręci się raz w jedną, raz w drugą stronę, patrzy "spode łba", z kolei łosie np. kładą uszy po sobie.

Nie raz ze zgrozą oglądam nagrania ludzi, którzy spotkali dzikie zwierzęta i kompletnie ignorują wysyłane im sygnały. Mam wrażenie, że większość z nas – ludzi – tak bardzo już utraciła jakikolwiek kontakt z przyrodą, że nie potrafimy odczytać podstawowych emocji u zwierząt (u przedstawicieli własnego gatunku z resztą też mamy z tym problem). Jednego razu podczas fotografowania grupy młodych dziczków na osiedlu, byłem świadkiem jak mężczyzna spacerujący z małym pieskiem wpakował się w sam środek stada. Nie dlatego, że ich nie widział, że nie miał innej drogi, szczerze... nie mam pojęcia, czemu to zrobił. Jedyna moja myśl to jakieś kompletne pomieszanie koncepcji własnego ego – po jego mowie ciała widać było, że wchodzi w grupę dzików wręcz prowokująco. W końcu "on nie będzie nikomu ustępować".

Tak samo z niedowierzaniem i szokiem czytam czasami komentarze pod postami dotyczącymi dzików w miastach (tak wiem – po co sam sobie to robię?). Bije z nich agresja i jakaś niezrozumiała dla mnie chęć dominacji, że "dzik i człowiek to tylko relacja na talerzu", "locha w kiełbasie, warchlak z rożna", "miejsce dzika jest w lesie". Na doniesienia o tym, że nie tylko zwierzęta cierpią na skutek odstrzałów, ale również ludzie będący świadkami takich wydarzeń są narażeni na traumę – pełno reakcji "hahaha", wykpiwanie czyjejś wrażliwości itp. No tak... w końcu wrażliwość to słabość... i jak taka osoba spotykając dzikie zwierzę w mieście miałaby mu ustąpić miejsca? Przecież to właśnie jest scenariusz na konflikt. Zawsze myślałem, że skoro ktoś uważa się za istotę wyższą ewolucyjnie, to powinien opiekować się i troszczyć o te niższe byty, a nie schodzić do ich poziomu i uprawiać z nimi zapasy. Oczywiście ironizuję, a kwestię kto w tej sytuacji jest "wyższym" i "niższym" ewolucyjnie bytem zostawiam do oceny każdemu indywidualnie.

Niezrozumiałe jest dla mnie dlaczego władze Warszawy pozostają głuche na argumenty naukowców i większym zaufaniem darzą myśliwych. Dosłownie kilka dni temu temat dzików został poruszony na posiedzeniu Komisji Ochrony Środowiska Rady Warszawy. Do dyskusji zaproszono głównie środowisko łowieckie... tymczasem dane mówią same za siebie – odstrzały nie są skuteczną metodą walki z "problemem", wręcz go pogłębiają, bo dziki rozmnażają się częściej, a w miejsce tych zabitych przychodzą nowe osobniki z terenów leśnych.

W Europie są przykłady skutecznych metod ograniczania populacji – doskonale poradziły sobie władze Barcelony, gdzie obniżono liczbę konfliktów na linii człowiek-zwierzę o ponad 70% i to bez użycia przemocy. Sekret tkwi w nowoczesnych metodach biomedycznych, takich jak antykoncepcja farmakologiczna. Żeby nie szukać tak daleko, to świetną robotę robią też w Gdyni, gdzie kładzie się nacisk na tak zwane "planowanie wielogatunkowe". Polega ono na takim projektowaniu przestrzeni miejskiej i topografii, by naturalne korytarze ekologiczne nie prowadziły zwierząt wprost pod okna wieżowców, lecz pozwalały im na bezpieczne i nieuciążliwe dla ludzi funkcjonowanie w ekosystemie.

Co tymczasem robi Warszawa i Rafał Trzaskowski? Pozwolę wkleić sobie post organizacji Miasto Jest Nasze:

Już zmierzając do końca, proszę Was – nie wierzcie w doniesienia, że dzików w miastach jest tak dużo, ponieważ populacja wzrosła. Wszystkie dane wskazują, że dzików np. 10 lat temu było kilkakrotnie więcej: "Z danych GUS wynika, że w 2015 r. było 264,8 tys. dzików, w 2020 r. – 75,2 tys. dzików, w 2024 r. – 55,8 tys. dzików, a w 2025 r. – 59,8 tys. dzików."

Dlaczego zatem jest ich tak dużo w miastach? Czyżby odpowiedzialność nie leżała po stronie ludzi? Spójrzmy na nieskuteczną walkę z ASF i presję myśliwską przepędzającą dziki z lasów. Dłużna nie pozostaje też działalność deweloperów i zabudowywanie coraz to większych terenów zielonych, gdzie te zwierzęta miały kiedyś swoje azyle.

Nie jestem ekspertem w dziedzinie, nie mam naukowego wykształcenia przyrodniczego, jestem fotografem i miłośnikiem przyrody z nastawieniem ekocentrycznym, jednak wydaje mi się, że do analizy całej sytuacji tytuły naukowe nie są potrzebne. Wystarczy otwartość na logiczne argumenty i chociaż odrobina wrażliwości oraz empatii.

Na koniec odsyłam Was do artykułów autorstwa profesjonalnych dziennikarzy, gdzie wypowiadają się osoby eksperckie, na których m.in. opieram swoją wiedzę. I żeby nie było tak totalnie pesymistycznie – cudownym dowodem na możliwość innego podejścia do sprawy jest postawa Akademii Wychowania Fizycznego im. Józefa Piłsudskiego w Warszawie, gdzie na terenie dziedzińca przyszły na świat młode dziki. Władze uczelni wydały odpowiednie oświadczenie informujące wszystkich jak się w obecności dziczej rodziny zachowywać, a samo miejsce urzędowania szorstkich świnek oznaczono i odgrodzono taśmą. Można? Można!

Link do posta na FB

Artykuły: Namawiam Was też do śledzenia tych profili na FB:

Życie Warszawy‍ ‍Miasto Jest Nasze

OKO.press‍ ‍Dziki Zostają

Zakaz Polowania

Gazeta Prawna

Dziennik Gazeta Prawna

Next
Next

Early spring in central Poland